|
Dzień dobry. Nazywam się T. i jestem idiotą.Coś w tym śmiesznego? Nie ma w tym żadnej ironii, z pewnych rzeczy trzeba zwyczajnie zdawać sobie sprawę. Jestem w wieku przedemerytalnym, mam chore serce, żonę i dwójkę dzieci. Oni we trójkę to debile - taka mocniejsza odmiana idioty. Jestem ponad nimi. Tak prosto to zrozumieć.Poukładałem swoje życie od A do Z. Wszystko, co jest sprzeczne z przyjętym porządkiem, stanowi zbędną ekscytację dla mojego i tak już słabego serca.
Świat dookoła próbuje mi wmówić, że mam ze sobą jakiś problem. To nie problem, ja jestem po prostu nienormalny. Coś w tym śmiesznego? Z oczywistości trzeba zdawać sobie sprawę. Nie leczę się, bo i po co? Poukładałem swoje życie od A do Z, a jakieś terapie są mi niepotrzebne - radzę sobie ze sobą. Inni za to nie radzą sobie ze mną, ale wrodzony (i nabyty) egoizm każe mi to ignorować. Nie możesz mnie znieść? To zrób tak, żebyś mógł. Nie pasuje Ci? Twój problem, to ja tu jestem górą i mnie masz słuchać. Tak ma być. Tak być musi. Bo tak. Używam trudnych zwrotów, bo tak jest mądrzej, zyskuję tak szacunek otoczenia. Otoczenie i tak mnie nie szanuje, ale mnie to nie interesuje - ja sam dla siebie mogę być wszystkimi ludźmi dookoła.Nie potrzebuję ludzi, wychodzę z założenia, że ja jako Ja (przez duże J) jestem tym, czego ludzie potrzebują, samym w sobie. Coś w tym śmiesznego? Jestem ciekawą osobą, inteligentem pod skórą dobrodusznego faceta. Moja rodzina twierdzi inaczej, zwłaszcza dzieci, ale to na pewno przez ich poczucie humoru, odziedziczone oczywiście po mnie - jak wszystkie pozytywne cechy (których, jak na moje dzieci, mają niezwykle mało). Jestem postacią wyrazistą. Wszystko, co robię jest wspaniałe i powinno być naśladowane. Od zawsze byłem wzorem, zawsze robiłem wszystko tak jak powinno być zrobione i nie rozumiem dlaczego inni nie rozumieją. Dbam o moją rodzinę, jestem w końcu jej głową. Nie są ze mną szczęśliwi - ale przecież nie muszą, wystarczy, że ja jestem sam dla siebie szczęściem. Coś w tym śmiesznego? Ze mną nie jest im ciężko. Dla mnie priorytet ma ten, kto mi się spodoba (często wystarczy po prostu się podlizać). Hierarchia mojego "lubię i nie lubię" zmienia się stale, ale przez to tworzy się pewien ład. Kto nie chciałby, żebym go lubił i mógł dzięki temu okazywać mi szacunek? Poukładałem swoje życie od A do Z. Żyję bo inni tego chcą, ja też tego chcę. Mam chore serce i nie wiadomo, czy przeżyję jeszcze rok. Powtarzam to zdanie nieustannie od 7 lat. Ale to jest na pewno jakiś znak, w tym roku kończę sześćdziesiąt lat, powinienem dorobić się wnuków, ale moje dzieci to idioci. Zupełnie niepodobni do mnie. Jestem egoistą? Wiem. Jestem niesprawiedliwy? A kto dzisiaj jest? Nie lubisz mnie? Lepiej, żebyś polubił, inaczej konsekwencje będą straszne. Nie pasuje Ci to, jak traktuję ludzi? To ludzie cierpią, nie ja, więc wszystko jest w porządku, zgodnie z pytaniem numer jeden. Życzysz mi śmierci? Nie ty jeden. Ale złego diabli nie biorą. Poukładałem swoje życie od A do Z. Coś w tym śmiesznego? Chyba tylko to, że moim alfabetem nie potrafi posługiwać się nikt poza mną. Ale za to ja umiem - i to z jaką wprawą! Szkoda słów. Name: Komentarze: 24.04.2008 :: 18:03 :: 89.101.253.106 22.04.2008 :: 22:21 :: 77.253.169.254 22.04.2008 :: 20:08 :: 83.4.10.166 |