Mikrolandia, czy tam Park Miniatur. Idea wycieczki poszła w niedzielę. A było tak:



Legendarny już srebrny gravisowóz, dumnie dobijając kierowcę, wskazywał nieco ponad rezerwę paliwa. Dojedziemy? No pewnie. To jedziemy. Po drodze wizyta u zaspanego Misia, po fotopstrykacz. Misiu, nie zrobię Ci tego więcej. Droga sama w sobie była prosta, oparta głównie na biegu numer 4 i leniwym szusowaniu. Jesteśmy na miejscu.



Kolejki dzieciaków są dość spore, ludzi w niedzielne popołudnie też jest całkiem bym powiedział w cholerę. Parking (rolny nieużytek zawalony samochodami), droga do wejścia i dawaj. W cenie biletu są 2 przejazdy na dowolnych z trzech: flegmatycznej karuzeli, nienasycającej huśtawce i okupowanych autach. Nas bardziej interesowała miniaturolandia.



Cały patent polega na spacerku sympatycznymi alejkami okraszonymi monumentami architektury, które to dość wiernie odwzorowane znajdują się wzdłuż ścieżek. Mamy więc Statue of Liberty, głowy prezydentów USA, Mur Chiński, Bramę Brandenburską, Eiffel Tower, Big Bena, Łuk Triumfalny, Koloseum, Zamek w Krakowie, Plac św. Piotra, Panteon i jeszcze kilka innych, definitywnie wartych obejrzenia. Bez aparatu ani rusz.



Pooglądaliśmy sobie miniaturowe budowle, czując się trochę jak w świecie Gargantui i Pantagruela, po czym postanowienie poszło by skorzystać z huśtaweczki. Było fajnie ale nudno i kolejka jak po szynkę 20 lat temu. A potem była zmiana, pan redaktor poszedł w sen a pani kierowca doprowadziła nas bezpiecznie do domu w tempie ekspresowym.



Park Miniatur koło Wadowic (Inwałd) polecam definitywnie. Po wycieczce można się i dobrze bawić i pozować na wielkiego globtrotera, że niby było się wszędzie i widziało się to wszystko. Elo.



Name:


Komentarze:

08.07.2008 :: 12:51 :: 89.25.149.228
dzejson
a ja może się wybiorę, amożetak amożenie niewiem..