Rzuć to!


Link 03.08.2008 :: 21:10 Komentuj (1)


Pani wszystko i pani nic


Link 14.08.2008 :: 01:41 Komentuj (3)
Cześć, jestem Anka. Duszno tu, nie? Wpadłyśmy z koleżankami znienacka tutaj, słyszałyśmy, że super miejsce. Bawię się świetnie, nie spodziewałam się, że będzie aż tak super. A Ty? Skąd jesteś? Przyjechałeś też poszaleć?

Mam na imię Anna. Jestem tu od niedawna, ale czuję się, jakbym musiała tkwić tu od wieków. Jesteś jednym z nielicznych, którzy tu przychodzą, zwykle nie miewa się tu gości, to aż zabija. Trudno się dziwić - to raczej przykre być tutaj. A Ty? Co Ciebie tu sprowadziło, skoro nie jesteś jednym z nas?

Bardzo dużo się tu dzieje. Aż dziw pomyśleć, ekstra muza, super kolesie, no zajebiście! Już się z dziewczynami trochę nawaliłyśmy, ale jest bardzo fajnie. Niektóre siksy jak się patrzy, to aż żal - ponoć tutaj się chodzi z byle jakim facetem w krzaki, za budynkiem, wiadomo po co. Ale my tu nie jesteśmy dla byle okazji, tylko dla tych wyjątkowych. I dla zabawy!

Tutaj wykańcza wszystko - poza tym, dlaczego tu jesteśmy, zabija monotonia. Dziennie przyjmujemy setki świństw, dajemy z siebie zrobić króliki doświadczalne i znosimy to cierpliwie, bo tak ma być. Dla nas nie ma życia poza tym, co jest teraz - nadzieje zabija rzeczywistość, na tyle brutalna, by i Ciebie powoli pozbawiać skrupułów. Czasami marzę o zapachu trawy na wsi, o ciepłym domu, o bliskości kogoś - ale to, będąc w tym miejscu, jest czasem przeszłym, niedokonanym, cichym marzeniem, którego spełnienie nie graniczy nawet z cudami. Cuda - chyba tylko na nie się tu liczy.

Nie jesteśmy stąd, no coś Ty. Ja nawet nie mieszkam nigdzie w pobliżu, ale jakieś 30 kilometrów. Rzadko mam autobusy, ale kurde musiałam, nie? Dziewczyny mnie namówiły, taka okazja jest raz na bardzo długo, poza tym wiesz, zostawił mnie facet, no bolało trochę ale jak to się mówi "lekarstwo na miłość to inna miłość", więc szukam jak mogę. W księcia z bajki to ja nie wierzę, ale wystarczy, żeby był spoko no i mu zależało na mnie. Niech powalczy, jest o co!

Kochać - jak to łatwo powiedzieć. Tutaj chyba kończy się każdy rodzaj miłości, zaczyna jedynie przywiązanie, litość, strach. Boją się wszyscy, taka prawda - trudno się dziwić. Musiałam tu przyjechać, mieszkam daleko stąd i to chyba jest odpowiedni pretekst dla mojego męża, by mógł się pogodzić z tym wszystkim w samotności - albo z kimś innym. Jestem obojętna? A co mi zostało? Żyję ze świadomością, że zostawi mnie on, potem rodzina, znajomi a potem oni wszyscy. Tak było, jest i będzie, setki przykładów tuż za ścianą. O innym uczuciu nawet nie myślę - może ja chcę być sama? Sama chcę zachować resztki twarzy przed sobą, wiedzieć, że to ja sprawiłam, że wyszło z niego jakim jest chujem, w takiej właśnie chwili, że lepiej, gdy przekonałam się teraz. Nie potrzebuję go, sama dam sobie radę.

Normalnie to ja się uczę w liceum, wiesz, druga klasa, osiemnaście, te sprawy. Moją szkołę lubię, chociaż nauczyciele są do kitu, dręczą nas wiecznie. No ale zawsze przychodzi weekend, można się oderwać, nawet starzy rozumieją. Pewnie, mam plany, ambicje, ale najlepiej się żyje tu i teraz, nie? A być tutaj to całkiem inny świat, inaczej się zachowuje człowiek, całkowita odmiana, dużo lepiej. Rewelacja!

Wcześniej to ja byłam wielką panią, Panie Redaktorze. Wykształcony zarządca marketingowy, na parkingu Mercedes E klasy - taka moja fanaberia, dodawał mi pewności siebie. Apartament na śródmiejskim, dwupoziomowy. Ot, kobieta sukcesu, stopniowo przychodził czas na stabilizację po wyścigu szczurów. Zawsze miałam okropnych przełożonych, ale dla swoich podwładnych nie byłam najlepsza, przyznaję. W domu się odrywałam, byłam inna, w swoim kącie, zaciszu, u boku... Przepraszam, ja wiem, że znowu o nim. Tutaj jest inny świat, jak z Grudzińskiego. Inne zachowania, inne myśli, sposoby postępowania. Kiedy stąd wychodzisz, widzisz świat kompletnie inaczej - i pan, szanowny Redaktorze, też zobaczy, jak wiele różnic dzieli nas i resztę świata.

Dobra, miło się gada, ale muszę lecieć. Fajnie było Cię poznać, jak chcesz to chodź, nie to nie, ale ja już muszę zmykać. Kumpele się niecierpliwią, cała noc przed nami!

Ale pan, Panie Redaktorze, powinien już iść. Wyłączyć dyktafon, zamknąć laptopa, uśmiechnąć się do mnie ten ostatni raz i wyjść. Na pana miejscu nawet bym się nie obejrzała. Na pewno czeka rodzina, dziewczyna, całe morze spraw. No więc?...

Jeszcze tylko ostatnie, skoro chcesz wiedzieć. Miejsce polecam w stu procentach,zabawa nieziemska, towarzystwo wspaniałe, istny raj dla młodych, takich jak my!

Wyjdź stąd. Tacy jak Ty tylko nas dobijają tym swoim współczującym przygnębieniem. My godzimy się z losem, bo tak trzeba, wy nie godzicie się nami. Mimo wszystko się cieszę, że jestem tutaj, wśród tych wszystkich ludzi, którzy rozumieją, jak ja.

To byłam ja, Anka, lat osiemnaście, licealistka na imprezie stulecia!

To byłam ja, Anna. Mam trzydzieści pięć lat, nowotwór złośliwy, jestem w szpitalu onkologicznym.

Żyję ze śmiercią - ale przecież nigdy nie wiesz, czy nie będziesz na moim miejscu. Dzisiaj, jutro, kiedykolwiek...





Paranojanobile.


Link 27.08.2008 :: 01:24 Komentuj (7)
Dziesiąta siarczystym policzkiem poranka budzi ranną kawe, brutalne oczy z lustra zipiące "idziesz tam, chuju, znowu". Jej uśmiech o poranku, lekko zmierzwiony włosami i nocną koszulą z naprzeciwka stołu, patrzący brązowymi oczami, ukojenie dla zmęczonych rąk, które dzisiaj czeka kolejna druga zmiana. Pierdolony autobus z pierdolonym kierowcą jedzie po pierdolonej drodze pełnej zawiłości remontów, zmian na lepsze szarej rzeczywistości, z pieniędzy podatników oczywiście. Już jest, kolos pomarańczy mdłej i szarości dnia letniego wita szumem szlifierek, wiertarek, pierdolników, zapachem smrodu "board factory", osiem godzin zamachu na wolność za pieniądze marne niczym koncerty gwiazd popu.

Nigdzie tak jak tutaj nie gada się o ćpaniu i kobietach, zaliczanych w tuzinach, na zachlanych imprezach, których nikt nie widział. Tylko tutaj ktoś, kto pisze "włukninom" na włókniną, imię Krzyśka "Krzysztow" itp. dostaje cztery i pół kafla miesięcznie. Tylko tutaj co pięć minut kogo innego nazywają chujem. Tylko tu techno smakuje jak nigdzie indziej. Miejsce unikat, Kalwaria głupoty, Mekka ćpunów, dresów, debili i kretynów.

Ale profesjonalnie wykonujemy swoją pracę, z normą dwadzieścia sztuk nieskazitelnych desek na osobę koma osiem godzin. Harujemy na tych wszystkich, którzy przyjdą na kryte stragany z logiem zawiniętego be po to, by kupić narzędzia tortur dla stawów i dupy, by było czym zjeżdżać po oblodzonych stokach. To my jesteśmy potrzebą konsumenta, nie jakiś fałszywy aniołek na podrabianej chmurce. My wymyślamy rdzenie drewniane, platynowe inserty (srebrno złote), okraszone prasowaną tkaniną z włókna, otoczone aluminiową krawędzią (harder than you think), wrzuć to wszystko do prasy, przysmaż w miliardach stopni fahrenheita, wytnij i masz ją - średnio dobrą deskę za kosmiczne pieniądze. To, za co zapłacisz ponad dziesięć baniek w sklepie, produkcyjnie kosztuje dwie - marża robi swoje. A robimy to my, terakotowi żołnierze przy prasach, upierdoleni żywicą techniczną, armia zbawienia świata snowboardu, w niebieskich spodniach i czarnych koszulkach "MONTAŻ NOBILE" z Jake'iem Burtonem na czele całego wielkiego imperium niesprawiedliwości, syfu, smrodu, tej całej otchłani, z której wyszedł Twój nowy piękny (drogi) snowboard...

O dwudziestej drugiej nastaje błoga cisza, ciemność i spokój, zakład pogrąża się w ciszy jak nigdy, deski równo leżą na stojakach, hala wysprzątana uśmiecha się i przeraża sterylnym betonem, rozpoczyna się życie, bo kończy się praca. I tylko pędzący bohater cudzego samochodu na fotelu pasażera,przodem do kierunku jazdy, przemierza ciemną noc, by powrócić do swojego miejsca, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, i tak dalej. I tylko my, bohaterowie ostatniej zmiany, mijamy piękne domy pięknych ludzi, z oddali logo Vienna Parkhotel, z tymi wszystkimi porcelanami, marmurami,chromami, bogatymi ludźmi z porsche na parkingu strzeżonym niepłatnym (wliczonym w nocleg). Fantazjujemy o tym, by nas było stać, by siać popłoch podjeżdżając Jaguarem czy Bejcą za pół miliona marzeń pod ten zakład straconych od wypłaty do wypłaty, by mieć na wszystko, czyli mieć na życie.

Takie czasy. Nobileparanoja kończy się w sobotę, wniosków powyższych nauczyłem się przez trzy miesiące pracy w fabryce Nobile Burton Factory. Nie żałuję. Gdybym miał tu pracować jeszcze raz - pracowałbym. Polecam mimo wszystko.

P.S. Kawę i śniadanie robi mi każdego ranka moja ukochana Kobieta. Dobrowolnie.




2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty

ashbury brelok colt djn rapy dubiel dziara dżejson emka francuz gk
havana herman karaś kryzys ksx kuraj majtki maru max
modest ogień roadkill sirmenelik pogoda ponton wroclove

naszaklasa grono myspace
360mag vimo bmx.pl jibbinfo metaledge