One love.
Link 15.06.2008 :: 22:22
Komentuj (7)Krótki ranking żniw basenu na Błoniach:
- jedna obita głowa (pęknięcie czaszki),
- 2 złamane nogi, jedna z przemieszczeniem,
- wybity mięsień w piszczelu,
- 4 złamania ręki, w tym jedno wczoraj na zawodach - wybicie ze stawu łokciowego, czeski zawodnik miał przygodę na wyjeździe,
- mnóstwo otarć, przetarć, ran, siniaków, obić itp.
A Bielski basen, o ile pamiętam, ma dwa tygodnie.
Mięso. Ból, pot, krew i łzy. Omijam już tutaj produkcje typu 411vm "911" albo MTV "Scarred" (w Polsce "Naznaczeni"), gdzie góry mięsa deskorolkowego płyną razem ze strumieniem krwi. To nieuniknione - jeździsz = ponosisz konsekwencje.
Po obejrzeniu filmu "911" lub też zobaczeniu na żywo, jak ktoś tak po prostu łamie sobie rękę (bądź robi krzywdy innego rodzaju), zaczynają go nachodzić wątpliwości. Bezpośrednio po samym fakcie raczej odkłada się deskę lub ma się wrażenie tego, że pasmo dopiero się zaczyna, a kolejka kombatantów robi się coraz większa. Deska to pasja, momentami przypominająca tą Chrystusową.
No risk - no fun. Jeśli się bawisz w tą grę, to ponosisz konsekwencje, nieraz bardzo bolesne. Mimo tego chęć jest - adrenaliny, wzbudzenia podziwu, zwycięstwa, udowodnienia czegoś sobie lub innym. Wczoraj mimo wszystko byłem dumny z tego, że przyjechała na zawody mieszanka międzynarodowa, a wygrał przedstawiciel Polski (w przeciwieństwie do Euro, którego przeżyć nie możemy). Dowód na to, że mimo bycia poolowymi świeżakami, jednak gonimy poziom.
Mimo ofiar, jedzie się do przodu. Mimo tego, że boli, to nawet z nogą w gipsie patrzy się ze smutkiem za okno, by już wreszcie można było wyjść, pojeździć, może spróbować jeszcze raz. One love, nieraz niezrozumiała dla statystycznego Kowalskiego - ale przecież nie o to chodzi - tylko o to, żeby rozwijać to, co się kocha.
Ride all day.
Ech, dzieciaku...
Link 24.06.2008 :: 17:54
Komentuj (2)Była nowosądecka wyprawa na wesele, a day after było zwiedzanie miasta. I była fontanna, bardzo ładna na ryneczku z asystą dzieciaków przeżywających swoją pierwszą podnietę widokiem wygrzewającej się Joanny. Gorąco to im było definitywnie, przestać jej wodą polewać nie mogli. Nadszedł jednak piękny moment na interwencję tej najważniejszej wady każdej pięknej kobiety - jej faceta, toteż poganiałem za dzieciakiem nieco, studząc w wodzie fontanny jego zapędy.
A dzisiaj na chwilę był osławiony bielski kunszt skateparkowy, gdzie były dzieciaki w liczbie trzech, age avrg: 12 lat. To, jak dzieciaki naśladują zachowania było pięknie dobitne. "Ostatnio tu Matiz, Marian i jeszcze taki jeden w skejta grali" powiada jeden do drugiego, średnia wieku ta sama, lekko zamazana świadomość tego, że wymienieni panowie nie bardzo wiedzą, kto to są te dzieciaki w ogóle. Ale to nic - najlepszy jest image. Ot, lat dwanaście, na deskorolce od miesiąca, zdarte c1rca z obowiązkową sznurówką rozdupioną w dwóch miejscach. Miast paska - Pasterska sznurówka. Ciemne okulary, lans w każdym kroku, subtelne spojrzenie na prawie dwa razy starsze koleżanki ("my brother told me how to hustle"). Śmiech na sali?
Śmiechu nie ma. Czas i tak stuka każdemu. "Dziś sam jestem dziadkiem", a to, co chciałbym dać mojemu wnuczkowi to na pewno nie taki wzorzec jaki sam prezentuję:] W każdym razie miło jest spojrzeć na młode pokolenie (coraz młodsze nieraz) i przypomnieć sobie, jak to było mieć lat kilkanaście raptem, cały świat przed oczami i wszystko w dupie.
Ech, dzieciaku...
Dobre pomysły.
Link 28.06.2008 :: 15:51
Komentuj (0)Był mokasyn wczorajszej nocy i była wieśniara w Teatralnej. Coś pięknego. Zdecydowana większość obecnych przebrana za rozmaite elementy z epoki pląsała radośnie w rytm muzyki, która do około 1 w nocy była jeszcze dobrą.
Ostatnimi czasy się chyba starzeję. Nie umiem już tak po prostu iść na jakiś cotygodniowy wypad weekendowy w celu najebkowo - imprezowym, bo zwyczajnie mnie to już nie bawi. Ten wiek? Może. Ale gdy przychodzi do tego, że na blogach pojawia się plakat o imprezie "made by Grand Market" to chęć przychodzi sama. Tak też i tym razem było.
Wyżej wymieniony sklep organizuje dwie zasadnicze imprezy: 70's i Mokasyn Wieśniara party. Obie prowadzone i ogarniane przez niezastąpionego Hermana (tak, Bastek, wiem, że Ci słodzę). Zasada jest prosta: ubierasz się zgodnie z trendem, wariujesz stylowo po to, by w stroju pełnym wdzięku i przepychu (obciachu) bawić się w rytm muzyki dopasowanej stylowo niczym nowe podpaski do stringów. Pomysł dobry, wykonanie jeszcze lepsze, chętnych zawsze jest pełno i imprezy z definitywnie smakowitym klimatem. Yeahh for it!
I na spędach tego pokroju są zawsze dobre jaja - patrz wczoraj, gdy MM nie mógł spokojnie przejść obok dziewczyny w różowej spandexowej spódniczce, jakiś typ z Ukrainy (ponoć) był w kompletnym szoku po wejściu na imprezę i jeszcze wiele innych wesołych.
W tym momencie biggy up for Herman za organizowanie takich spędów, które są imprezami dobrymi bardzo i oby więcej takich.
A już jutro mikrolandia nibylandia. Elo!
Guliwer
Link 29.06.2008 :: 19:42
Komentuj (1)Mikrolandia, czy tam Park Miniatur. Idea wycieczki poszła w niedzielę. A było tak:
Legendarny już srebrny gravisowóz, dumnie dobijając kierowcę, wskazywał nieco ponad rezerwę paliwa. Dojedziemy? No pewnie. To jedziemy. Po drodze wizyta u zaspanego Misia, po fotopstrykacz. Misiu, nie zrobię Ci tego więcej. Droga sama w sobie była prosta, oparta głównie na biegu numer 4 i leniwym szusowaniu. Jesteśmy na miejscu.
Kolejki dzieciaków są dość spore, ludzi w niedzielne popołudnie też jest całkiem bym powiedział w cholerę. Parking (rolny nieużytek zawalony samochodami), droga do wejścia i dawaj. W cenie biletu są 2 przejazdy na dowolnych z trzech: flegmatycznej karuzeli, nienasycającej huśtawce i okupowanych autach. Nas bardziej interesowała miniaturolandia.
Cały patent polega na spacerku sympatycznymi alejkami okraszonymi monumentami architektury, które to dość wiernie odwzorowane znajdują się wzdłuż ścieżek. Mamy więc Statue of Liberty, głowy prezydentów USA, Mur Chiński, Bramę Brandenburską, Eiffel Tower, Big Bena, Łuk Triumfalny, Koloseum, Zamek w Krakowie, Plac św. Piotra, Panteon i jeszcze kilka innych, definitywnie wartych obejrzenia. Bez aparatu ani rusz.
Pooglądaliśmy sobie miniaturowe budowle, czując się trochę jak w świecie Gargantui i Pantagruela, po czym postanowienie poszło by skorzystać z huśtaweczki. Było fajnie ale nudno i kolejka jak po szynkę 20 lat temu. A potem była zmiana, pan redaktor poszedł w sen a pani kierowca doprowadziła nas bezpiecznie do domu w tempie ekspresowym.
Park Miniatur koło Wadowic (Inwałd) polecam definitywnie. Po wycieczce można się i dobrze bawić i pozować na wielkiego globtrotera, że niby było się wszędzie i widziało się to wszystko. Elo.
2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
ashbury
brelok
colt
djn rapy
dubiel
dziara
dżejson
emka
francuz
gk
havana
herman
karaś
kryzys
ksx
kuraj
majtki
maru
max
modest
ogień
roadkill
sirmenelik
pogoda
ponton
wroclove
naszaklasa
grono
myspace
360mag
vimo
bmx.pl
jibbinfo
metaledge